Jedno z tradycyjnych dań z ziemniakami, jakie jadałem w piątki. Ten postny posiłek zawsze kojarzy mi się z moją mamą. Tylko ona potrafi usmażyć śledzie i zrobić do nich zalewę octową, która nie jest ani za kwaśna i za słona. Dlatego ten wpis dedykuję mojej mamie 😊.
Nie znajdziecie tutaj szczegółowego przepisu na to danie, bo jest ono wręcz błahe. Na początek smażymy na oleju śledzie w panierce z mąki krupczatki. Po usmażeniu na tej samej patelni i oleju robi się zalewę octową. No i tutaj mam kłopot, bo moja mama nie ma konkretnego przepisu na jej wykonanie, a to ona stanowi kwintesencję tego dania, ponieważ zalewa się nią ziemniaki. Postaram się przy kolejnej okazji stać nad mamą (co pewnie będzie ją frustrować 😊) z kartką i notować wykonanie tej zalewy. Po usmażeniu śledzi kładziemy je w głębokim naczyniu i wlewamy do niego zrobioną zalewę. Następnie gotujemy ziemniaki w mundurkach, które nazywamy na Kaszubach „pulkami”. Po ugotowaniu obieramy je ze skórki i rozdrabniamy widelcem na talerzu i polewamy zalewą octową. Dobrze, gdyby śledzie poleżały w occie kilka godzin. Najlepsze są kolejnego dnia, kiedy to ocet zmiękczy ości. Można je wtedy jeść bez skaleczenia, w taki sam sposób, jak robił to w kreskówkach miś Yogi (tak na marginesie, to wychowywałem się na bajkach Hanna-Barbera).
Co do „historyczności” tego dania, to nie ma co się tutaj rozpisywać. Czasami bywa tak, że niektóre dania przez swoją prostotę są tak oczywiste, że ich pojawienie się jest czymś oczywistym i naturalną koleją rzeczy. Może się ktoś jedynie zastanawiać, dlaczego w centrum Kaszub jadano śledzie, a nie ryby słodkowodne. Odpowiedź jest prosta, mianowicie słodkowodne ryby były cenniejsze i sprzedawano je na targowiskach w miastach. Czasami bywało tak, że zamiast śledzia były smażone płotki lub karasie, czyli małe ryby. Tylko że ja z domu pamiętam śledzie, a ryby słodkowodne w zalewie były spożywane raczej bez niczego.
Jedyną zagwozdką, jaką miałbym z tym daniem to fakt, że biedniejsza ludność wiejska zazwyczaj gotowała dania niż smażyła, ponieważ tłuszcze były na swój sposób towarem luksusowym. Pamiętam, jak moja babcia opowiadała, że u niej w domu nie używano oleju, bo ten był dostępny w sklepie i w dodatku drogi. Używano głównie smalcu, ale ten także był oszczędzany na ważniejsze dni lub święta. Dlatego sądzę, że upowszechnienie się tego dania musiało przypaść na okres po II wojnie światowej, ale to tylko takie moje hipotetyzowanie.
Pozdrawiam „Pan Stonka”.


